sobota, 28 kwietnia 2012
No i pięknie!
Ciekawe kiedy mi minie ten stan euforii? Kiedy zieleń z trawy i drzew przestanie tak cieszyć, kiedy kwitnące kwiaty spowszednieją? Kiedy gorąco zacznie męczyć?
Bo na razie to wszystkim zachwycam się jak małe dziecko :) Kocham ten stan, kiedy uświadamiam sobie, że ciągle się uśmiecham, bo bolą mnie policzki :)
Moje dziewczynki ciągle zdrowe więc chcę jak najbardziej to wykorzystać. Dłuuugi weekend będzie miejscowy, do pracy będę chodzić, ale wolne dni zamierzam wykorzystać na okoliczne atrakcje dla dziewczynek. Jest taka pogoda, że nawet nie śmiałam o takiej marzyć :) Jak fajnie sobie śmigać w sukienkach letnich :) Dziś nie odważyłam sie na długi przewiewny kombinezon bez pleców, ale jutro na pewno tak :)
Najbardziej cieszę się z tego, że znów stałam się moblina z dziewczynkami. W ubiegłym roku jakoś tak bałam się sama z nimi gdzieś dalej wypuszczać od domu, teraz już od nikogo nie uzależniam swoich pomysłów :) Radzimy sobie doskonale w trójkę :) Najbardziej boję się humorów Gabi, która ostatnio chyba testuje cały świat pod kątem wyznaczanych jej granic, ale... wczoraj i dziś była mega grzeczna i słodzieńka. Jeśli to prawo serii utrzyma się do jutra to wreszcie wybierzemy się popluskać w basenie w hotelu znajomych. Od otwarcia dziewczynki były tam raz. Bo ciągle któraś chora (lub obydwie).
A dzisiejszy dzień, wydaje mi się taaaki długi :) Rano wykorzystując wizytę rodziców trochę ogarnęłam dom. Po drzemce Nataszki zebrałam damskie towarzystwo i pojechalyśmy same! najpierw do galerii wymienić sandałki Gabi, później na słynne lody z Myszki a później spacerowałyśmy sobie obok fontanny :) Dziewczynki nawet się trochę pochlapały - udało im się nie wpaść całkiem :) Strasznie lubię z nimi spędzać czas, patrzeć na ich szczęśliwe buzki i słyszeć te ich piski radości, zachwyty, perliste śmiechy :) Tak patrzę na nie i nadziwić się nie mogę, że te dwie cudne dziewczynki to moje córeczki, że to ja je nosiłam pod sercem, że to ja je urodziłam, że to do mnie przytulają się najmocniej, mnie tak mocno kochają i do mnie mówią mamusiu/mamo... Piękniejszego prezentu od życia nie mogłam dostać :)))
Yott zajety cale dnie i zrobił się jakiś "mniej fajniejszy" ale... mnie i tak jest dobrze :)
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Jeszcze lepiej...
Uśmiechnij się do kogoś a on odpowie Ci tym samym. To działa :)
Dziewczynki (tfu tfu puk puk i co tam jeszcze trzeba) nadal zdrowe. Pobiłam rekord i dwa tygodnie nie byłam w przychodni. A Gabi była w Fantazji z przedszkolem (to taki ogromny salon zabaw dla dzieci z kulkami), z którego zawsze wynosiła nie tylko brudne ciuszki ale i paskudne infekcje. Wyjazd był w czwartek, do dziś nic się nie dzieje/ło. Szok :) Jutro chcę zaszczepić Nataszkę, mam nadzieję, że dotrwamy w zdrowiu i się uda :)
Yott… chyba coś się zmieniło. Piszę chyba bo ciągle przecieram oczy ze zdziwienia i na wszelki wypadek kopiuje nawias z akapitu wyzej a wiec: (tfu tfu puk puk i co tam jeszcze trzeba). Ale naprawde widze znaczaca poprawe w jego zachowaniu, a wiec i naszych relacjach. To moje wyjscie chyba mu jednak dalo do myslenia, a może to moje pozytywne nastawienie? Bo może wystarczyło wyjść po prostu ze spirali złości i pretensji, żeby było lepiej??? Nie wiem co, ale jest duzo fajniej, cieplej. Znow rozmawiamy ze soba. Yott zaskoczył mnie w tym tygodniu tyle razy… Nawet nie tylko małymi rzeczami, które dla mnie robił, a które na pewno wcześniej byłyby problemem… Wyjechał na trzydniowa konferencje połączoną z imprezami integracyjnymi, zostawił mi liścik, jak kiedyś… Taka mała karteczka z wyznaniem, którego tak dawno nie słyszałam, a jak duzo dla mnie znaczy, zwlaszcza teraz. Wrócił dzien wcześniej – niespodzianka nie tylko dla dziewczynek :) Jeszcze tego samego dnia pojechał na impreze sponsorska do hotelu znajomych i zaskoczyl mnie jeszcze bardziej wracajac po 3 godzinach, trzeźwy :) Wczoraj też pojechał na imprezę sponsorską świetującą mistrzostwo drużyny, której od dawna kibicujemy (a ja też czasem przeklinałam w duchu, gdy ciagle Yott MUSIAŁ jezdzic na mecze :) i tez po 2 godzinach wrocil… Baaaardzo miło z jego strony :) Wczoraj namówił mnie rano na mecz. Na siatce nie byłam chyba od dwóch lat, przed dziewczynkami mialam nawet swój karnet :) Załatwil mi bilet, ja załatwilam rodziców do dziewczynek (chciał załatwić swoich, ale jego tata na wycieczce a jego mamie dziewczynek nie zostawię) Wygrzebałam z dna szafy swoją koszulkę kibica i pojechałam na mecz… A mecz… to najpiekniejszy, najfajniejszy mecz od 37 lat? :) Do dziś mnie bolą ręce od klaskania, aż dziwne że gardło nie boli od krzyków i śpiewu :) Było cudnie, emocjonująco i wzruszająco :)
A poza tym… wiosna przyszła pełną parą. Kocham tą soczystą zieleń, kwiaty na drzewach, ciepłe promienie słońca na twarzy… I nawet dziś, gdy pada deszcz, jest cudnie, bo ta jaskrawa zieleń jeszcze bardziej się wyróżnia na tle szarych chmur :) a w poniedziałek deszcz nie boli :) I jest cieplej, coraz cieplej :) Na jutro mam chytry plan wziąć sobie pół dnia urlopu, nie tylko po to żeby zalatwic sobie kilka pilnych spraw ale glownie po to, żeby wybrac się do centrum miasta, kupic sobie moje ukochane lody z Myszki :), które zawsze będą kojarzyć mi się tak bardzo pozytywnie z tym jak byłam młodziutka (taka baaardzo młodziutka żeby nie było :) z ciepłem, latem… Ja zawsze biorę najwiekszą porcję tych lodów (takie lejące śmietankowe), w słodkim grubym rożku z ogromną ilościa polewy czekoladowej… mmmmm… Usiądę sobie na ławeczce i wystawię twarz do słońca i będę przeżywać orgazm jedzeniowy :) I zamierzam pospacerować po parku zielonym i napatrzeć się na fontannę… Taki mam boski plan. Strasznie dużo czynników składa się na jego realizację ale wierzę, że się uda :) Nawet w pogodę wierzę, że jutro dla mnie spejalnie wyjdzie słońce…
No bo ileż czasu można nosić nad sobą czarną chmurę? Nie jestem Kłapouchy :)
sobota, 14 kwietnia 2012
Lepiej...
Zgodnie z daną sobie obietnicą piszę, gdy... jest lepiej :)
Tzn czuję się lepiej.
Ostatnie miesiące takie trudne były. Dziewczynki ciągle chore. Z choroby jednej w drugą, od jednej do drugiej. U lekarzy bywam z nimi conajmniej raz w tygodniu. Zaczęło mnie to przerastać. Zwłaszcza, że to wszystko co naokoło chorób tak naprawdę spada na mnie. A więc noszenie, czuwanie w nocy, opieka w dzień... no i godzenie opieki nad nimi z praca. A i tak najgorszy jest zawsze strach. Bo byly kiepskie wirusy, infekcje, zapalenia itd No ale obecnie (tfu tfu tfu, puk puk puk i co tam jeszcze trzeba) obydwie są zdrowe. Tzn Natasza ma juz nowy katar, po tygodniu przerwy, ale ja nie pamietam czasow zeby tego kataru nie miala :) a i ja tez wreszcie wylazlam z ostatniej infekcji (jakis zmutowany wirus siepnal nas wszystkie na raz i tak naprawde wszystkich naokolo kto tylk mial z tym stycznosc). Mnie trzymalo ponad dwa tygodnie. No ale dzis jest dobrze.
Reszta spraw tez kiepsko sie ukladala. Nietrudno sie domyslec, ze skoro cala opieka nad dziewczynkami spadala na mnie, moja frustracja i zal do Yotta narastaja. Tak bardzo oddalilismy sie od siebie, ze mnie to przeraza. Moje mysli mnie przerazaja... Yotta nie bylo kilka dni w domu. Byl sluzbowo w Wawie ze swoim kolega, po rozwodzie. Bylam bardzo ciekawa czy go to jakos natchnie i w ktora strone. Ja jego nieobecnosc traktowalam jako minitest tego jak sobie poradzilabym bez niego. Wnioski kiepskie - ja sobie dam rade, ale... dziewczynki potrzebuja go tak bardzo. Dla nich nasze rozstanie byloby masakra. Yott wrocil steskniony, z dobrymi wnioskami... ale zbyt krotko sie tym nacieszylam. Zreszta ostatnio tak naprawde to wiecej jest dni cichych i takich obok siebie, niz razem z soba. Ja staram sie myslec wiecej o sobie. Z calych sil staram sie zeby wszystko po mnie splywalo, staram sie radzic sobie sama. I juz nie zabiegam, nie nadskakuje... Szczescia szukam w sobie. I oczywiscie w moich najwiekszych cudach. A gdzies w glebi serca pozostaje mi miec nadzieje ze Yott sie ocknie i wroci po mnie i do mnie, tak naprawde do mnie. Chcialabym znow czuc sie kochana i wazna dla niego. Chyba naiwna nadzieje...
No ale... przeciez mialam pisac, ze mi lepiej. A najlepiej mi zrobilo wczorajsze wyjscie na impreze do klubu. Swietowalysmy 30 urodziny bardzo bliskiej mi ostatnio osoby. Bez niej juz dawno zeswirowalabym, a ze ona ma tak podobne problemy do moich, ze czasem to az przeraza, to wspieramy sie nawzajem. Wyjscie bylo w babskim gronie. Rzeczywiscie kazda z nas z innej bajki. Ale nic tak dobrze mi nie zrobilo ostatnio jak wyluzowanie sie, wytanczenie do utraty tchu. Kocham taniec, daje mi tyle energii, odstresowuje... na parkiecie jestem tylko ja i muzyka - czasem doslownie :)) a czasem sa i przeszkadzacze w postaci panow przychodzacych na lowy :) Wczoraj mialam fajny przekroj zainteresowania: od chlopaczka, ktory na dobra sprawe moglby byc moim synem gdybym bardzo wczesnie sie o to postrala, po dziewczyne, ktora tez mnie chyba probowala poderwac :) Ale tak naprawde to dowartosciowalam sie nieco. Fajnie poczuc sie atrakcyjna, ze moge sie jeszcze komus podobac i widziec czyjs zachwyt soba w cudzych oczach. Jeden zachwyt mnie dowartosciowal bardziej od innych ale i przestraszyl. No ale najwazniejsze, ze wytanczylam wszystkie swoje stresy ostatnie, a policzki bola mnie od usmiechu...
Dzis obudzilam sie cholernie niewyspana ale i taka lekka...
W dodatku na zewnatrz wszystko zaczyna sie zielenic, bedzie coraz cieplej, juz zaczynaja kwitnac magnolie. A jak swiat jest taki piekny to nie da sie do niego nie usmiechac. A bedzie coraz piekniej :)
Problemy byly, sa i beda. Ale chyba latwiej je znosic z radosnym patrzeniem na swiat. Ja tak bardzo nie lubie siebie slabej, uginajacej sie pod ciezarem kolejnych kopniakow, uzalajacej sie nad soba, narzekajacej na sytuacje... A to moje zycie przeciez. Jedno jedyne ktore mam. To ja musze zatroszczyc sie o to, zeby bylo jasno. Nie chce zeby problemy przeslonily to co najwazniejsze, najcudniejsze i najpiekniejsze :)
niedziela, 08 stycznia 2012
Logika dziecięca
Wpis "co u mnie" doczekać się nie może na odrobinę wolnego czasu, a że ostatnio brakuje mi go na WSZYSTKO, to jest jak jest.
Nawet teraz powinnam iść spać, ale tyle rzeczy z pamięci ulatuje a chciałabym zachowac chociaż tych kilka "tekstów" które jeszcze pamiętam :)
Występują: Gabi, Mama (czyli ja) i w tle Nataszka :)
W okolicy Świąt, pytanie ni stąd ni zowąd:
G: Mamusiu, a Ty jezdzilas na osiolku?
M: Nie Skarbie...
G: No ale wtedy, jak mialas dzidziusia w bzusku..
M: Hmm... ale ja Kochanie jezdzilam samochodem a nie na osiolku :D
G: Mamo, pseeestan, nie z Nataska, ale daaawno, jak ja bylam w bzusku...
M: (dobrze, ze to nie tylko o moim wieku swiadczy :)
G: Mamusiu, a kiedy ja bede miec dzidziusia?
M: Jeszcze długo, długo, długo, długo, długo, długo nie :)
G: Aleś się nagadała
M:....
G. Mamusiu, kocham Cie bardzo. Nataske tez kocham bardzo...
M: Ja tez Cie kocham bardzo. Ale jak tak kochasz bardzo Nataszke, to dlaczego jej zabierasz zabawki i robisz czasem na zlosc?
G: Mamusiu, ale jak jej zabieram zabawki i robie na złość, to też ją bardzo kocham
M: ......
Gabi wyjęła swoje dwa takie same plecaczki Hello Kitty róźniące sie tylko rozmiarem.
M: Gabi zobacz jak ten plecaczek spodobał się Nataszce. Może dasz go jej? Ty będziesz nosić sobie duży a ona ten średni.
G: Nie, oba są moje.
M: Ale jak Nataszka będzie mieć zabawkę, która się Tobie spodoba i Ci nie da tak samo jak Ty teraz i to co wtedy?
G: To sobie sama wezme
M: ....
Przyniosłam dziewczynkom ciasteczka w jednej miseczce. Powiedziałam Gabi, że cztery są dla niej a dla Nataszki dwa. Gabi oczywiście szybko zjadła swoje, Nataszka jeszcze nie zobaczyła, że sa ciasteczka w miseczce więc została jej część. Gabi próbuje wziąć kolejne ciasteczko - z puli Nataszki.
M: Gabi, ale to już są Nataszki ciasteczka
G: Ale trzeba się dzielić
Od Gabi często słyszę komplementy, że jestem piękna itd. Kiedyś wystroiłam się na kolację z Yottem, przyszłam do niej pożegnać się przed wyjściem i dać buziaka, ubrana już w okrycie wierzchnie (płaszczyk do kolan i kapelusik). Gabi zobaczyła mnie, wstrzymała oddech i:
G: Och, maaamo, ale wyglaaaadas...
M: (urosłam) :D
G: Jak carownica...
No i zapomniałam resztę :)))) Będę edytować pewnie :)
wtorek, 29 listopada 2011
Chorobowo
Gabi ma ostre obustronne zapalenie oskrzeli. Trafiłam z nią do lekarze na krok przed zapaleniem pluc. Diagnoza mnie powaliła, bo Gabi nie miała kompletnie żadnych objawow - cos tam sobie kaszlala, smarkala, typowo dla tej pory roku. W srode wieczorem miala stan podgoraczkowy, gdy rano wstala ze stanem podgoraczkowym stwierdzilam, ze nie dam jej do przedszkola, zwlaszcza, ze miala byc cwiczona ewakuacja i dzieci mogly troche wymarznac. Po poludniu goraczka wzrosla ale i tak zastanawialam sie co ja powiem lekarce, jak Gabi nie ma zadnych innych objawow.
Najgorsze jest to ze ona w ogole nie kaszle. Przestala goraczkowac w niedziele, wiec wczoraj zawiozlam ja do niani razem z Nataszka, ale dzis jestem znow z nia w domu. Wzielam opieke do konca tygodnia - bede pracowac w domu w razie potrzeby (w tamtym tygodniu i tak dwa dni opieki spedzilam przy komputerze dopinajac dokumenty do przetargu i jeszcze w sobote pracowalam). I bede robic wszystko zeby stymulowac ja do kaszlu, bo wczoraj sie okazalo, ze jedno oskrzelo ciagle zawalone.
Zmasakrowala mnie ta choroba. Jestem przewrazliwiona na punkcie zdrowia moich coreczek, z byle pierdolami biegam do lekarza, zeby sprawdzic, zareagowac w odpowiednim czasie... i w glowie mi sie nie miesci jak moglo rozwinac sie tak ostre zapalenie oskrzeli. Ale cale otoczenie jest w szoku, bo nawet panie w przedszkolu nie mogły uwierzyc, bo po Gabi nic widac nie bylo i stwierdzily, ze mialam duzo szczescia, ze zareagowalam tak szybko. Dzien pozniej a bylybysmy w szpitalu. Choc nadal sie tego boje.
Bawię sie wiec z nia, spelniam jej zachcianki a w miedzy czasie ogarniam dom, pracuje. Zmeczona jestem strasznie, bo jednak stres mnie wykancza. I spie z nia czuwajac i bojac sie zeby sie nie zaczela dusic.
I caly czas sprawdzam czolko Nataszki, zeby sie nie okazalo, ze ona ma to samo. Niania ma taki sam nakaz. A teraz moja krolewna zabkuje - wychodza jej na raz 4 gorne zabki - jedynka i dwojka sie wybily dzis w nocy, mam nadzieje, ze reszta tez w miare lagodnie wyjdzie.
Stwierdzam, ze jednak jestem totalnie nieodporna na choroby moich dziewczynek. Listopady zawsze beda mi sie kiepsko kojarzyc wlasnie przez najgorsze ataki chorob u Gabi. Dwa lata temu walka o jej zdrowie i walka ze szpitalem, zebysmy mogly tylko do niego dojezdzac, a nie spac w nim. Rok temu paskudna ospa i ostre zapalenie uszu. Teraz ucieczka przed zapaleniem pluc... Nie wiem jak dalabym rade z chorobami grubszego kalibru...
piątek, 18 listopada 2011
Nataszka
Jest mi strasznie wstyd, że miesiąc po jej roczku...
Ale 13 miesięcy też jest dobrym argumentem :)
Moja Mała Księżniczka nie jest już chucherkiem. Jeszcze dwa miesiące temu nie uwierzyłabym w to: waży ponad 10 kg i dobiła do ogólnej normy :) Ma cudne fałdeczki wszędzie, piękny wystający brzuszek jak piłeczka, słodkie nadmuchane policzki, grubasek jednym słowem :)
Pominę fakt, ze jest przesliczna :) Ale ma niesamowity urok osobisty - to taka mała czarusia, cudownie czaruje wszystkich, usmiecha sie do wszystkich, szczerzy swoje dwa zabki i przymruza oczka. Wybranym puszcza oczka (dwa na raz) i buziaki - robi przesłodko usteczka w dziobek z odpowiednim odglosem cmokania :)
Jest wszystkiego ciekawa, a najbardziej tego czym zajmuja sie inni. Najciekawsze sa wiec zabawki ktorymi akurat bawi sie Gabi i probuje jej odebrac, gazeta ktora czyta mama, czy telefon ktorym dzwoni tata. Moj telefon jest mniej ciekawy bo nie w nim gadajacych kotkow i pieskow ktore moznaby pomiziac paluszkiem, ale przyklada mi go do ucha, zebym rozmawiala, wiec wie do czego sluzy :) Pokazuje odpowiednie zwierzatka, czy czesci ciala na obrazkach, generalnie wszystko uwielbia pokazywac i dotykac paluszkiem. Wszystkie obrazki na scianach, czy zegary - te ostatnie uwielbia. I nasladuje odglos tykania. Nasladuje tez odglosy kotka, pieska, kaczki. Mowi mama, tata, baba, pampa (lampa), bach (gdy cos wspadnie), mniam (na jedzenie), papa.
Lubi jesc. Wszystko co sie do jedzenia tylko nadaje. I nie znosi sytuacji, ze ktos je w jej towarzystwie a ona nie. Nawet gdy swiezo skonczyla swoja porcje. I bardzo stanowczo dopomina sie mniam dla siebie :)
Uwielbia "czytac" i ogladac ksiazeczki, wszelkie zabawki grajace - fantastycznie sie przy tym rusza :) pieknie uklada piramidke (po kolei!), laleczce wklada smoczek do buzi (czasem najpierw probuje do swojej, ale i tak podaje go ostatecznie lalce), lubi wkladac rozne przedmioty (klocki, rozne zabawki czy nawet chusteczki) do pojemnikow. Uwielbia zabawe w chowanego, berka na kolanach :) Jeszcze sama nie chodzi - tupta sobie ostroznie trzymajac sie czegolwiek co sie do tego nadaje lub nie nadaje :) Coraz czesciej staje sobie sama niczego sie nie trzymajac. Raczkuje z predkoscia swiatla. Uwielbia wszelkie wyglupy, podrzucania, krecenia, swirowania.
Gabi tez uwielbia. Codziennie rano prawie skacze z radosci gdy zegnamy sie w pokoju Gabi, zawsze podchodzi do jej lozka i probuje dawac jej buziaka, czasem czulosci koncza sie na ciagnieciu Gabi za wlosy, wkladaniu jej paluszka do oka - ale to wszystko z milosci :) Odwzajemnionej cale szczescie :)
Nataszka uwielbia byc w centrum uwagi. Na swoich urodzinach czula sie jak ryba w wodzie w centrum uwagi i blysku fleszy :) Moja mała gwiazdeczka.
Miesiac temu skonczyla roczek. A ja musze wreszcie poukladac sobie w glowie, ze to nie maly glupiutki dzidzius ale juz malenka madra dziewczynka. Jak pomysle o ciazy z nia i porodzie... to cala soba czuje, ze taki moj CUD.
piątek, 11 listopada 2011
Tak, po prostu...
Mam zalegly Nataszkowy wpis ale jednak od siebie zaczne.
Chcialabym uchwycic ten moment mojego zycia i zatrzymac ten czas... Bo teraz dobrze mi. Mimo zmeczenia (w pracy mam teraz nadmiar presji czasu, odpowiedzialnosci i obowiazkow), choroby (dziewczynki ciagle kaszlace i smarkajace ale mam nadzieje, ze na tym sie zakonczy, a ja tez ciagle mam rozdzierajacy wnetrznosci kaszel, bol gardla, katar i nawet ostatnio jeszcze goraczka dobija ale tez to jako standard traktuje :) czuje taki blogi spokoj. Codziennie jezdzac do pracy patrze jak zmieniaja sie mijane drzewa,cuswiadamiajac mi jak czas galopuje, dopiero bylo lato a teraz juz prawie nie ma lisci na drzewach... Ale codziennie usmiecham sie do swiata, jaki on piekny. Nawet ten coraz bardziej bury za moment zamieni sie sniezny, swiateczny...
Z Yottem tak fajnie i normalnie. Spiec unikamy albo lagodzimy jak mozemy. On sie stara, ja doceniam i tez sie staram. Tydzien temu bylismy na randce w kinie i wloskiej restauracji. Jak fajnie znow cieszyc sie swoja obecnoscia, porozmawiac ze soba i tak po prostu pobyc z soba. Jutro chcemy wyjsc na elegancka kolacje i SPA. Mam nadzieje, ze nic nie pokrzyzuje nam planow. Chcemy uroczyscie obejsc nasza rocznice zwiazku, slubu i czegos jeszcze. A tym razem tak namacalnie czuje, ze swietowac powinnismy, o maly wlos a ten dzien zamienilby sie w najsmutniejszy i przeplakany dzien...
Dziewczynki zrobily sie rozbrykane. Patrze na nie takie radosne, szalejace, piszczace, tanczace, zabierajace sobie zabawki nawzajem i niby robiace sobie na zlosc, ale jednoczesnie uwielbiajace sie, tulace sie do siebie i ciesze sie tak bardzo, ze je mam, ze sa juz obydwie na tym etapie... Jak sobie przypomne poczatki z Nataszka mam ciary na plecach, bylo tak cholernie ciezko. Jestem taka szczesliwa, ze je mam, ale... tak sobie mysle, ze dodatkowego szczescia chyba juz nie dalabym rady uniesc :)
Sacze sobie teraz pol lampki pysznego wina (lampka wielkosci butelki wina, pewnie jak skoncze te pol lampki nie dam rady wstac :) i mysle sobie, jak dobrze mi tu i teraz. Tak, po prostu...
piątek, 28 października 2011
Za zakrętem
U mnie tyle się ostatnio podziało. I czasu tak mało ciągle na wszystko, że cierpi na tym wszystko co nie ma statusu superpilne albo niezbędne.
W pracy mam teraz taki nawał obowiązków, że zaczyna mnie dobijać walka z czasem i tam. Staram sie jak moge, ale mam dosc wychodzenia ze spuchnieta glowa i zastanawianie sie czy o czyms waznym nie zapomnialam. A ciagle dostaje jakies nowe obowiazki. Jak dostane wypowiedzenie pewnie bede strasznie zalowac, ze tyle z siebie dawalam. A do tej pory wypowiedzenia nie dostalam, zobaczymy czy zmieni sie to w poniedzialek :)
Ostatnio pisalam, ze wybieram sie na otwarcie hotelu. Wybralam sie i bylo boooosko (impreza dziesieciolecia, tak nie bawilam sie nawet za czasow studenckich, sodoma i gomora w eleganckim towarzystwie , a przystojni znani aktorzy w podobnym standardzie imprezy obok :)
Wybieralam sie tez na konferencje sluzbowa. I wybralam sie. Reakcji Yotta nie przewidzialam jednak, bo okazala sie gorsza niz sobie nawet wyobrazalam. To sprawilo, ze nasz zwiazek prawie rozczaskal sie zupelnie. Dla dobra dziewczynek Yott wymyslil dwa mieszkania obok siebie. Ja dla dobra dziewczynek wymyslilam ratowanie nas. Ale nie takie jak zwykle, tylko radykalna zmiana zasad panujacyh w naszym zwiazku, na nowo musimy poukladac nasze relacje, popracowac nad soba i wprowadzic wreszcie partnerstwo. Mam nadzieje, ze sie uda nam sie bo widze chec zmiany rowniez u Yotta. Pewnie potrzebne nam bylo takie odbicie sie od dna, zeby moc zbudowac cos nowego. Najwazniejsze, ze znow zaczelismy rozmawiac z soba i sluchac siebie nawzajem. Przed nami dluga droga i ciezka praca, zeby bylo dobrze. Mam nadzieje, ze nie poddamy sie.
A dziewczynki coraz wieksze, madrzejsze i cudniejsze. Obecnie na etapie rozpoczetej walki z jakimis infekcjami, mam nadzieje, ze na katarkach i kaszelkach poprzestana. Mielismy impreze roczkowa Nataszki - specjalny wpis czeka na zrobienie sie.
I nic wiecej nie napisze, bo oczy same zamykaja mi sie, a ja zamiast glupia isc spac to stukam w klawiature. Ale odbije sobie jutro w nocy - uwielbiam zmiane czasu w ta strone - dla takiego niedospanego spiocha jak ja to raj :)) Mam nadzieje, ze dziewczynki pozwola na rozkoszowanie sie ta godzina dluzej :) A ja musze wykorzystac ta zmiane do wczesniejszego kladzenia ich spac, zeby choc troche wyluskac czasu dla tylko dla siebie. Chyba najwyzszy czas powrocic do opcji bycia dobra dla siebie. Choc troszke :)
piątek, 07 października 2011
W zawrotnym tempie
Niestety przesiadka z ciuchci krajoznawczej do superekspresu tgv nie przebiegla latwo. Organizm tak sie zbuntowal, ze zaslablam jednego dnia w pracy. A co najdziwniejsze doszlam do siebie nie po zlapaniu swiezego powietrza, nawet nie po polozeniu sie, ale dopiero po dlugim lezeniu i przysypianiu i tak naprawde dopiero po 10 godzinach poczulam sie na tyle lepiej, ze przestalo mi sie masakrycznie krecic w glowie i dzwonic w uszach. To taki znak od organizmu, ze jednak lekko nie jest.
Sytuacja z zasłabnięciem troche zmieniła moje relacje z Yottem. O ile jeszcze tego dnia planowalam morderstwo albo co najmniej tortury, gdy tylko mialy wrocic mi sily, to jednak sie Yott zrehabilitowal i ewidentnie przejal sytuacja. I az sie boje napisac (tfu tfu, puk puk czy cos tam jeszcze) ale zaczal mi bardziej pomagac. I zrobil sie znow taki normalny i fajny. Az sie boje do tego przywiazac. I nawet juz kilku klotni udalo nam sie uniknac w imie dobrych stosunkow. Jak fajnie jak jest tak normalnie.
Niestety czeka nas nagle pogorszenie tych dobrych stosunkow, bo dzis sie dowiedzialam, ze pod koniec przyszlego tygodnia musze pojechac na impreze firmowa, dwudniowa. Sama ją organizowalam, ale mialam nadzorowac ja zdalnie. Moja obecnosc tam jest zupelnie niepotrzebna ale nie mam wyjscia skoro szefowa sie uparla. Bede wiec towarzyszyc w prezentacji, rozmowach technicznych i handlowych i wieczornej zakrapianej imprezie. Yotta strzeli kurwica. I to chyba malo powiedziane, bo na jego glowie zostana dziewczynki na te dwa dni. W dodatku ta impreza jest z jego bylymi szefami, z ktorymi tak zadarl, ze wylecial, wiec go bedzie bolalo poczwornie chyba. Ech. Dokladnie wiem, jakich bedzie uzywal argumentow i jak nie bedzie przyjmowal moich tlumaczen. Ale powiem mu o tym pod koniec weekendu, zeby dluzej nacieszyc sie bezpowrotna mila atmosfera :) W dodatku jutro idziemy razem na impreze inauguracyjna otwarcia hotelu spa naszych znajomych. Zamierzam sie dobrze bawic. Mama zostanie z dziewczynkami, ma sie nimi tez zajac w niedziele rano, zebym mogla wytrzezwiec (wreszcie sie upije po ponad poltora roku abstynencji) i odespac.
Do weekendowego czerwonego swiatelka z tylu glowy dolacza Nataszka. Dzis lekarka zasugerowala ze moze miec alergie na kota, ktorego ma niania. Jak skladam wszystko do kupy to mi wychodzi ten nieszczesny kot jak w pysk strzelil, bo faktycznie od wrzesnia ewidentnie caly czas katar ma, nawet atopowe zmiany na skorze. Jesli to ten kot, to teraz zajebisty problem jak ten fakt rozwiazac, czyli zapewne jak szybko znalezc nowa nianie ktora bedzie przyjezdzac do nas do domu. Tak bardzo lubie nasza nianie (mimo kilku wpadek), wiem ze Nataszce tam fajnie jest. Przeraza mnie na nowo szukanie kogos komu moge zaufac i powierzyc wlasne dziecko :( No ale pomartwie sie tym w przyszlym tygodniu. Ciekawe czy uda sie wylaczyc te dwie czerwone lampeczki z tylu glowy na weekend?
A poza tym zrobila sie paskudna jesien. Zimna, mokra, zarazkowa. Od dzis z utesknieniem czekam na wiosne!
piątek, 23 września 2011
Dochodze do siebie
Coraz lepiej znoszę zmianę mojego trybu życia. Pobudki bolą strasznie, ale już zawsze boleć będą przez moje geny śpiącej królewny :) Ale w pracy wystarcza jedno latte na pobudkę i po powrocie z pracy też coraz więcej sił mam. Najbardziej się ciesze, że juz mega-zawrotów głowy ze zmęczenia nie mam. Czyli organizm się przyzwyczaja.
Dziewczynki też się przyzwyczajają. Rano teraz jeżdżę generalnie tylko z Nataszką. Rano ją zbieram i przed wyjściem dajemy buziaka i żegnamy się ze śpiącą Gabi. A ona albo sobie jeszcze dosypia albo wstaje. Ale do przedszkola zbiera ja Yott. Oczywiście musi mieć przygotowany cały zestaw startowy na pufie. Dosłownie cały bo ostatnio jak zapomniałam położyć dwie spinki to dzwonił do mnie do pracy z pretensjami. Ale przynajmniej pośmiałam się z rana :))
W pracy coraz trudniej. Coraz więcej obowiązków, nie dość, że zajmuję się swoją działką, to jeszcze muszę ogarniać wszystkie sprawy organizacyjne naszego biura. Czyli standardowo jestem od wszystkiego. A czy do niczego? Hmm... na dzień 23 września jeszcze nie dostałam wypowiedzenia. W sumie to na miejscu moich szefów wręczyłabym sobie właśnie pod koniec miesiąca - zobaczymy jak zakończy się przyszły tydzień :)
W przyszłym tygodniu wreszcie dostanę swój samochód. Będzie to inna wersja mojego ukochanego pierwszego samochodzika :) I cieszę się strasznie, bo będę mogła oddać tacie jego corsę i wreszcie odetchnie mój kregoslup, bo wkładanie Nataszki do fotelika jest bardzo trudne, bez tylnych drzwi. A mój roverek będzie miał z tyłu drzwi. Niestety będzie miał manualną skrzynię biegów. A ja praktycznie od czterech lat tylko na automacie jeżdzę, bo nawet corsa taty to automat. Będę musiała na nowo uczyć się jeździć, ale dam radę. Mam nadzieję, że przy okazji korków i przyzwyczajeń nie uszkodzę zbyt dużo samochodów :)
Z Yottem ostatnio jeszcze gęściejsza atmosfera się zrobiła, albo nie gęściejsza. Raczej rzadsza i chłodniejsza. Mam do niego jeszcze większy żal. W niedzielę moja koleżanka miała wesele. I musiałam iść na nie sama z Gabi. On nie chciał. Zasłonił się pracą. Faktycznie siedział cała niedziele przy komputerze (moja mama zajmowała się Nataszką) ale nie usprawiedliwiam go, bo mógł sobie tak zorganizować cały weekend, żeby chociaż na trzy godziny iść z nami. Tak, po prosto zrobić to dla mnie, żebym nie musiała nikomu tłumaczyć się czego go nie ma i stanąć przy moim boku. A boli to tym bardziej, że ja w tamtym roku chodziłam z nim na wszystkie wesela do jego znajomych, mimo kiepskiego samopoczucia, zaawansowanej ciąży, nawet do Wrocławia pojechałam. Teraz jestem mądrzejsza. Zaczynam myśleć tylko o sobie. I dawać nie więcej niż dostaję. Czyli praktycznie nic. Nie polepszy to naszego związku, ale już chyba wyczerpałam limit miłosierdzia, usprawiedliwiania i przyzwolenia na robienie ze mnie ofiary.
A na weselu było fantastycznie. Na poczatku dosyć cieżko przez humory Gabi, która pokazała całe spektrum fatalnego humoru - łącznie z oznajmieniem pani młodej, że ona wcale nie chce być na tym weselu, chce iść na inne, po płacz tak głosny, że nawet orkiestrę przebijała. Ale w końcu jej przeszło i bawiła się doskonale. Prawie tak dobrze jak ja. Spotkałam się po ponad 10 latach z tyloma znajomymi z mojej szkoły średniej, pogadaliśmy, powspominaliśmy, pośmialiśmy się i wytańczyliśmy się. I oczywiście wróciłam na wesele po odwiezieniu Gabi na wieczorna kapiel i sen. Gdyby nie koniecznosc porannego wstawania pewnie zostalabym do bladego switu :) A tak to wrocilam przed 1. Tylko choroba w koncu mnie dopadla jak zwykle - jakos tak zawsze lapie chorobe na koncu kolejki po dziewczynkach :) i nawet na wesele z goraczka poszlam, ale na dzien dziejszy zostal mi tylko stan podgoraczkowy i kaszel probujacy wyrwac mi wnetrznosci - ale nie jest zle :)
Zle za to zapowiada sie stan moich oczu. Podczas badan lekarskich do pracy okulistka stwierdzila, ze mam sobie zbadac koniecznie cisnienie oczu bo jakies brzydkie zmiany mam w oku - dołki w tarczach czy jakoś tak. Wczoraj poszłam na kontrole do normalnej (a nie ekspresowej) okulistki i sie okazalo, ze wada wzroku wreszcie sie nie poglebila od ostaniej wizyty, a wiec przy drugiej ciazy nic sie nie popsulo, za to... faktycznie mam bardzo glebokie dolki w tarczach (czy cos podobnego). Cisnienie oka dobre, ale musze wykonac cala serie kompleksowych badan oka - bo te zmiany to moze byc poczatek jaskry. Mam sie na razie nie denerwowac i poczekac na wszystkie wyniki. Ale jak dzis poczytalam na temat jaskry to mi sie z deka slabo zrobilo. I najgorsze, ze to najczesciej jest dziedziczne - jak bede miec ja, to 60% szans na to ze moga to miec tez dziewczynki :(
No ale na razie mam sie nie martwic na zapas. W sumie to nawet lepiej ze czasu na myslenie nie mam.
W ta niedziele, moja Gabi przebiera sie za aniolka i bedzie brala udzial w koscielno-przedszkolnych uroczystosciach. Ciekawa jestem jak sie zachowa (ciagle ma alergie na kosciol), czy zechce ubrac stroj aniolka (zanim dostala skrzydelka, aureolke i kostium rzymianina - bo ma byc aniolek Michal Archaniol) twierdzila, ze ona sie za nic w swiecie nie przebierze za aniolka, bo ona chce byc tygrysem i bedzie inne dzieci aniolki straszyc. Ostatnio faktycznie ma takie humory, ze tylko rozki jej doczepic i ogonek i widelki do raczki wlozyc :) Ale mam nadzieje, ze to chwilowy kryzys i znow powroci do etapu slodkiej dziewczynki :)
A Nataszka zrobila sie grubaskiem. Nie wiem, czy to przez pobyt u niani, ktora pewnie ja dokarmia caly czas, bo Nataszka jesc uwielbia, czy to efekt podawania zelaza od poczatku miesiaca. Efekt jest taki, ze z filigranowej laleczki zamienila sie w rozkoszna kluche :) raczkuje juz na calego i niestety teraz najgorszy etap w rozwoju dziecka. Zaczyna sobie sama stawac. Opiera sie na wszystkim i jest niestety nieostrozna i jakos malo wyciaga wnioskow z upadkow. Ale widocznie za malo razy upadla, albo za lekko sie uderza, zeby stac sie ostrozniejsza :) Ale codziennie patrzę na te moje dwie kochane dziewczynki i nie mogę uwierzyć, ze one juz takie duze... I tak bardzo sie kochaja nawzajem!
No wreszcie udalo mi sie popelnic dluzszy wpis :) A teraz ide spac, bo jutro budzik nie zadzwoni, ale znajac zycie dziewuszki tez dluzej nie pospia, bo po co sie nad zmeczona i spragniona snu, mama litowac :)))
Ale generalnie to chcialam napisac, ze strasznie sie ciesze, ze daje rade, tylko jakos tak dluzej mi to wyszlo :)))
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|